Wojna nam spowszedniała, ale uchodźcy nie zniknęli. Teraz przyjeżdżają uciekinierzy z rosyjskich obozów

Wojna nam spowszedniała, ale uchodźcy nie zniknęli. Teraz przyjeżdżają uciekinierzy z rosyjskich obozów

tekst Paulina Nodzyńska, zdjęcia Marcin Tynkowski, montaż Dominik Łowicki

„Pies się uparł, że koniecznie musi wyjść na spacer. Ukrainka wyszła, i po chwili z dworu patrzyła, jak na jej dom spada bomba. Nie wszyscy, którzy tu przyjeżdżają, zdołali się w ogóle spakować”. Kim są uchodźcy, którzy dziś przybywają do Polski? I dlaczego coraz trudniej im pomagać? Odwiedzamy punkt relokacyjny na Dworcu Wschodnim w Warszawie.

Karina wiodła spokojne życie, prowadziła gabinet kosmetyczny, dzieci chodziły do szkoły i do przedszkola. Mieszkała w Iziumie (obwód charkowski). Aż na jej dom spadła rakieta.

Trupy leżały na ulicach. Wszędzie słychać było bomby. W domach nie było prądu, wody, gazu, internetu. Domy miały powyrywane drzwi i okna. Siedzieliśmy w schronach. Nie było tam życia

– opowiada. Jej dokumenty spłonęły, ale udało się załatwić nowe. 8 kwietnia opuściła rodzinne miasto. Uciekała z dziećmi, niepełnosprawną siostrą, matką i babcią. Mieli opuścić Izium już wcześniej, ale mężczyzna, który zadeklarował pomóc, został porwany przez Rosjan. Znaleźli drugiego, zapłacili mu. Wywiózł ich do Rosji. – Nikt nam nie pomagał. Musieliśmy uciekać o własnych siłach. Rakiety fruwały nam nad głowami – mówi Ukrainka. Znalazła schronienie u swojej rodziny na Krymie, ale tam też nie sposób było przebywać. Postanowiła ruszyć dalej w drogę. Karina wraz z rodziną trafiła do punktu pomocy przy Dworcu Wschodnim w Warszawie. Co teraz zrobi? Nie wie. – Nie widzę możliwości powrotu do Ukrainy, bo nie mam tam już domu. Najpewniej wyjadę w głąb Europy. Chcę po prostu normalnie żyć, jak zwykli ludzie. I zapewnić moim dzieciom przyszłość, wykształcenie i bezpieczeństwo – mówi. 

Kim są dzisiejsi uchodźcy z Ukrainy? 

Ogromna hala prowadzona przez Fundację PCPM obok Dworca Wschodniego jest pierwszym miejscem, do którego trafiają przywiezieni z Ukrainy uchodźcy. Dostaną tu posiłek, spędzą noc, zadzwonią do bliskich, otrzymają lekarstwa lub pomoc psychologiczną. Ich dzieci będą mogły się pobawić, a zwierzętami zajmą się weterynarze. Zaczerpną informacji, dokąd mogą pojechać dalej. Bo w większości przypadków tego nie wiedzą. Na początku przyjeżdżało tu po 2 tys. ludzi na dobę. Teraz jest ich mniej, to ok. 300–400 dziennie. Ale to teraz, jak mówią wolontariusze, znacznie trudniej im pomagać. – Nie mają w Europie nikogo. Nie mają żadnego planu, co dalej. To wszystko jest na naszej głowie, by wysłać ich gdzieś i dalej i zapewnić im normalne życie – mówi Witalij Didun z fundacji Asymetryści, jednej z tych, które nadal opiekują się uchodźcami przy Dworcu Wschodnim. Przyjeżdżają z jedną torbą, plecakiem, walizką. Czasem kompletnie bez niczego. Opuścili Ukrainę „tak, jak stali”. – Jedna z Ukrainek opowiadała mi, jak siedziała spokojnie w domu, gdy jej pies uparł się, że koniecznie chce wyjść na spacer. W końcu dała się namówić. Po chwili patrzyła z dworu, jak na jej dom spada bomba. Ona nie miała szansy w ogóle się spakować – opowiada Justyna Grabowska, prezeska fundacji Asymetryści. Uchodźcy z Ukrainy, którzy obecnie tu przybywają, to już nie tylko matki z dziećmi i starsi ludzie. Na początku przyjeżdżały osoby, które uciekały przed wojną, wiedząc, że za chwilę może dotrzeć do ich miast i domów. Potem byli to już ci, którzy wojnę widzieli na własne oczy. Dziś to uciekinierzy z terenów okupowanych, najczęściej z obwodu chersońskiego, Mariupola, Donbasu. I – coraz częściej – uciekinierzy z obozów filtracyjnych.

Zostali wywiezieni do Rosji i jakimś cudem udało im się z tego piekła wydostać. Przyjeżdżają kompletnie rozwaleni, poranieni psychicznie i fizycznie, skołowani, zestresowani. Pierwsze miejsce, do którego trafiają, to właśnie ten punkt przy Dworcu Wschodnim w Warszawie. Zdarza się, że przez kilka godzin siedzą bez ruchu i wpatrują się w jeden punkt. Nie jedzą, nie piją, nie mówią. Nie ma słów, by opisać, jak rozprawiają się tam z nimi Rosjanie. Sprawdzają, kontrolują, zabierają im całe dobytki, telefony, laptopy

– opowiadają Agnieszka Szmidt i Witalij Didun z Asymetrystów. – Przyjeżdżają żołnierze. Zajmowałam się np. 22-letnim chłopakiem, który był ranny. Siedział i płakał z bólu. Załatwiliśmy mu operację w Mediolanie – mówi Elżbieta Krasowska-Modlinger z Towarzystwa Przyjaciół Ukrainy. I dodaje – To osoby, które do ostatniej chwili miały jeszcze jakąś nadzieję. 

Koniec zrywu Polaków. Coraz trudniej im pomagać uchodźcom

– Wojna nam „spowszedniała”, ale się nie skończyła. Ci ludzie nie zniknęli. Cały czas tu przyjeżdżaj, potrzebują jeść i gdzieś spać. Polacy nie są już tak gorliwi, by pomagać uchodźcom. Zryw Polaków się skończył. Ceny mieszkań poszły mocno w górę. Wycofał się nasz duży sponsor, a gdzie się nie obejrzymy, za coś trzeba zapłacić. Kupujemy żywność, opłacamy lekarzy i weterynarzy. Skończyły się bezpłatne przyjazdy z granicy. Wojewoda zamknął punkt z dostępem do żywności przy Dworcu Centralnym. W Warszawie nie ma już też darmowych biletów komunikacji miejskiej, a wśród uchodźców przeważają osoby, które nie mają przy sobie nawet grosza. Zniknął już namiot pomocowy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Rząd nie pomaga nam wcale. Wszystko opiera się na NGO-sach, których pracownicy do tej działalności dokładają już swoje prywatne pieniądze. A przecież te też niedługo się skończą, bo zamiast pracować, w tym czasie pomagamy – mówią wolontariusze z Towarzystwa Przyjaciół Ukrainy i fundacji Asymetryści. Punkt relokacyjny [powinno być: stanowisko Asymetrystów – jg] może jeszcze działać, bo fundacje wsparł Ogólnopolski Strajk Kobiet. Ale i ten dopływ pieniędzy niedługo się skończy. Wolontariusze mówią: jest nam wstyd, ale prosimy o pieniądze. – Nie dla siebie, tylko po to, by móc dalej pomagać – tłumaczą. Działalność punktu przy Dworcu Wschodnim jest zaplanowana do 30 września. Wolontariusze wiedzą jednak, że to nie wystarczy, a termin trzeba będzie przedłużyć. 

Kajetan Wróblewski, koordynator punktu relokacyjnego przy Dworcu Wschodnim:

Jesienią zacznie się kolejny duży napływ uchodźców, niezależnie od sytuacji militarnej na froncie w Ukrainie. Przyjadą do nas uchodźcy, którzy będą uciekać przed głodem i zimnem, bo infrastruktura w Ukrainie jest zniszczona.

Oni nie przetrwają w ruinach bloków bez pomocy. Już za chwilę będziemy mieli do czynienia z głodnymi i bezdomnymi uchodźcami. Władze Ukrainy przewidują ok. 200 tys. uciekinierów z samego Donbasu, a w skali kraju mowa jest nawet o pół milionie. I trafią do Polski, która jest belką rzuconą im pod nogi, w drodze na Zachód. A Zachód nie odbiera komunikatów, że takie transporty i pomoc są potrzebne. W większości krajów uchodźców jest już zbyt dużo. 

Każdy, kto chce wspomóc działania NGO-sów w punkcie relokacyjnym przy Dworcu Wschodnim w Warszawie, może wpłacić pieniądze na założonej przez wolontariuszy zrzutce. Link TUTAJ


Według ostatnich danych Straży Granicznej od 24 lutego do Polski przybyło 5,65 mln uchodźców. Jak podaje ONZ, łącznie z Ukrainy uciekło ponad 10 mln ludzi. 

Leave a Reply